Eric Sardinas / Steve Vai

Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu
16 październik 2005, godz. 20:00


Eric Sardinas - foto:Krzysztof Szafraniec Koncerty Erica Sardinasa można porównać do zniewalającej zmysły urody Moniki Belucci. Wystarczy jedno niewinne spojrzenie na "Malenę" by cały "Słoneczny Patrol" z stepującą Pamelą Lee Andersen stracił swój freudowski wymiar. Kiedy w 2000 r. po raz pierwszy zobaczyłem band Erica w akcji stało się jasne, że ta muzyka zostaje ze mną na stałe zajmując w prawej komorze serca zaszczytne miejsce obok uwielbianej trójcy szarpidrutów - Rory Gallaghera, Stevie Ray Vaughana i Scotta Hendersona. Kiedy w niespełna 4 lata później przeczytałem umiarkowanie entuzjastyczną recenzję jego ostatniej płyty, notabene promowanej tegoroczną trasą koncertową, pomyślałem daj mu Boże zdrowie by zawsze nagrywał tylko tak słabe płyty jak "Black Pearls". Maestro Eric Sardinas mimo młodego wieku (35 lat) jest artystą dojrzałym i w każdym calu doskonałym, skupiającym w sobie wszystkie atuty nowoczesnego bluesmana, a co ważne czyniący to z ogromnym respektem i uwielbieniem bluesowej tradycji (look at tatoo). Jego zabarwiony Winterowską chrypą vocal, wystrzelony z RNR-olową siłą jest w stanie wskrzesić nawet najstarsze mumie egipskie. Bajecznie posługuje się nie łatwą przecież techniką slide, grając niemalże wszystkie partie na zelektryfikowanej gitarze dobro. Dysponuje charakterystycznym, łatwo rozpoznawalnym brzmieniem a jego nieustępliwie, wściekle kąsająca gitara slide wspomagana znakomitą sekcją rytmiczną: (Levell Price - bass, Patrick Caccia - drums) tworzy tak sugestywny obraz, że jakakolwiek konkurencja wypada przy nim tyleż okazale co nadwiślańska dżdżownica przy grzechotniku diamentowym. Do swojej błyskotliwej i widowiskowej techniki gitarowej dokłada nieokiełznaną expresję sceniczną, czym wywołuje u widza koncertowe poczucie estetycznego spełnienia. Prawdą jest, że gra głośno, piekielnie dynamicznie i extremalnie traktuje struny, ale prawdą też jest, że nie ucieka od ciszy. Dwukrotnie prezentował swoje walory vocalno-instrumentalne pozbawiając się całkowicie wsparcia prądu. Już pierwszym riffem obalił wszystkie zaściankowo-kanapowe teorie gloryfikujące magię emerytowanego białego południa mimo faktu, że sam mieszka na południu ale Kalifornii. Wielu scenicznych gagów Erica nie sposób ubrać w słowa, bo to po prostu trzeba zobaczyć samemu! W trwającym 45 minut secie zaprezentował wybrane utwory z wszystkich płyt autorskich, a na dokładkę pojawił się w finale koncertu Vaia w jamowym utworze "The Attitude Song" wymiatając jak na giganta gitary przystało z finezją godną pozazdroszczenia. Najkrócej podsumowując ten wspaniały koncert przychodzą mi na myśl takie oto dwa sugestywne stwierdzenia. Pierwsze napisane przez redaktora W.A. Chmielewskiego w recenzji płyty "Devil's Train" (TB 2001), cyt. "Natychmiastowy odlot i lewitowanie do ostatniego akordu" oraz drugie, równie dosadne, wyszperane z Music Connection Magazine, cyt. " If Satan had a blues band, this would be it". Ot i cały Eric!

Ps.
Jedynym istotnym mankamentem koncertu było nagłośnienie stwarzające momentami zbyt obszerną ścianę dźwięku, ale cóż w końcu nie przyszliśmy na balet Czajkowskiego.




Victor Czura
The Association For Original Culture Protection
Poland, 2005